poniedziałek, 28 września 2020

Diamenty i ropuchy, czyli „Wróżki” – Czego nie napisał Charles Perrault cz. 5

 

„Diamonds and Toads” to tytuł, pod którym w świecie anglojęzycznym funkcjonuje fabuła wykorzystana przez Perraulta we „Wróżkach”. Trzeba przyznać, że jest znacznie bardziej obrazowy niż tytuł francuski. Od razu wprowadza wyrazistą dychotomię, na której zbudowana jest baśń, i mówi czytelnikowi, co się będzie działo: z niewieścich ust będą się gęsto sypały klejnoty albo płazy.

 

Winieta w rękopisie z 1695 r. (źródło)

 

Udana inicjacja

 

Mimo że „Wróżki” dosyć chętnie wykorzystuje się je jako lekturę szkolną, należą do mniej znanych baśni Perraulta,. Może wynika to stąd, że nie ma w nich wyrazistej głównej postaci, żadnego Czerwonego Kapturka ani Kopciuszka, którego przydomek łatwo zapamiętać. Sam schemat fabularny jest jednak nadzwyczaj rozpowszechniony zarówno w baśniach literackich, jak i w bajkach ludowych. Prosta konstrukcja z łatwością nagina się do dowolnej treści i każdego kontekstu.

 

Historia mówi o dwóch siostrach, które – jak to w baśniach często bywa – bardzo się od siebie różnią. Jedna (zazwyczaj – znów jak to w baśniach bywa – młodsza) jest ucieleśnieniem wszystkich najlepszych cech, a druga – wszystkich najgorszych. Pozytywna bohaterka ma jak zwykle pod górkę, ponieważ pomiata nią wyrodna matka albo zawistna macocha.

 

Nadchodzi jednak dzień próby i sądu. Bohaterka opuszcza rodzinny dom: zostaje wygnana, idzie szukać pracy, nienawistna matka posyła ją po wodę albo poziomki w środku zimy. Trafia następnie do lasu, na dno studni, nad urokliwe źródełko albo w inne okoliczności przyrody, doskonałe jako miejsce inicjacji. Tam spotyka jakąś nadprzyrodzoną istotę. U Perraulta jest to wróżka w przebraniu staruszki, u Grimmów a to trzech karzełków, a to Pani Hölle (w dawniejszym przekładzie Pani Zima), zaś w pewnej bajce ukraińskiej – koński łeb. Podobną rolę odgrywać może dwanaście miesięcy, trzy potworne głowy wyłaniające się ze stawu, sam Bóg w asyście aniołów albo, przeciwnie, diabeł.

 

Ilustracja Arthura Rackhama do The Three Heads in the Well (źródło)

 

 Logika baśni nakazuje, by dziewczyna wykazała się teraz jakąś pożądaną cechą. Może zademonstrować miłosierdzie i hojność, i podzielić się jedzeniem. Może pokazać, jaka jest pracowita, jeśli popisowo posprząta siedzibę nowego znajomego (casus końskiego łba). Jeśli ma do czynienia z diabłem, który prosi ją do tańca, musi mieć dość sprytu, by wystarczająco długo odwlekać pląsy. Najlepiej zrobi, jeśli najpierw zażąda czegoś do jedzenia, potem czegoś do picia, potem światła, potem spódnicy, potem koszuli, potem fartuszka, potem pończoch, potem bucików, potem korali – aż w końcu zapieje kur, a demon, zziajany od noszenia całego tego kramu, będzie musiał zmykać z powrotem do piekła.

 

W przypadkach mniej złowrogich bohaterka udowadnia swoją uczynność i uprzejmość, spełniając prośbę napotkanej istoty. W wielu bajkach ludowych otrząsa jabłka z przeciążonego drzewa albo naprawia rozwalony piec. W baśni Le tre fate Basilego musi... poiskać tytułowe trzy wróżki, a znalezione wszy i pchły pieszczotliwe nazwać perełkami i granatami. U Perraulta jest znacznie czyściej: bohaterka pomaga wróżce napić się wody zaczerpniętej ze źródła.

Dowiódłszy swojej wartości, dobra córka zostaje sowicie nagrodzona złotem, klejnotami i kwiatami, które odtąd będą sypały się z jej ust, gdy przemówi, oczu, gdy zapłacze, włosów, gdy się będzie czesać, albo skóry, gdy się umyje. Po powrocie do domu budzi zazdrość matki, która chce takich samych darów dla drugiej, ulubionej córki i dlatego ją również wysyła w drogę.

Ilustracja Elżbiety Gaudasińskiej (Bajki Babci Gąski, 1993)

 

Nieudane naśladownictwo

Oczywiście z góry wiadomo, że nic z tego nie będzie. Druga córka to radykalne przeciwieństwo ideału, który w zestawieniu z nią lśni jeszcze jaśniejszym blaskiem. Dziewczyna na każdym kroku ukazuje swoją gnuśność, nieżyczliwość, samolubstwo i po prostu głupotę, bo nie potrafi nawet wyciągnąć wniosków z tego, co przytrafiło się siostrze. Jest nastawiona wyłącznie na nagrodę, ale nie rozumie mechanizmu wzajemności, który pozwala ją uzyskać. Skazana jest na nieudane naśladownictwo.

 

Skutki nieudanego naśladownictwa wg Cesarego Colombiego (Perrault. Najpiękniejsze baśnie, najwięksi bajkopisarze, 1992)

 Skutek jest łatwy do przewidzenia: podczas gdy ciało pozytywnej bohaterki stało się źródłem piękna i bogactwa, ciało jej złej siostry staje się siedliskiem wszelkiego plugastwa (albo po prostu skręca kark przy tańcu z diabłem). U Perraulta z ust nieszczęśnicy sypią się ropuchy i węże, co stanowi całkiem eleganckie i minimalistyczne rozwiązanie. Czterdzieści lat później Gabrielle-Suzanne de Villeneuve nie była tak powściągliwa i napisała liczące 240 stron „Najady” (Les Naïades), mnożąc próby, przed którymi stają dobra i zła bohaterka; dość powiedzieć, że pod koniec ta zła jest prawdziwym maszkaronem z zupełnie dosłownym bagnem na głowie. Bracia Grimm złą siostrę oblali po prostu smołą. Basile, jak to Basile, pisze, że na czole wyrosło jej ośle jądro. Kiedy w pruderyjnym XIX wieku niejaki Charles Deulin przytaczał ten szczegół w swoim studium o baśniach Perraulta, pozostawił go w oryginale (bez tłumaczenia na francuski) i w dodatku stwierdził, że chodzi pewnie o storczyk męski

 

To właśnie on, filuterny Orchis mascula (źródło)

 

Równie skandaliczny detal spotkać można w bajce ze świata islamu, a konkretnie jednego z jego odłamów – ismailizmu. Podczas obrzędu ku czci Fatimy kobiety we własnym gronie opowiadały sobie historię o dobrej siostrze, która bardzo uprzejmie poiskała czarownicę i nie próbowała jej okraść z klejnotów, za co została nagrodzona księżycem na czole i gwiazdą na brodzie, oraz o siostrze złej, która wszystko zrobiła na opak, przez co na czole wyrósł jej ośli penis, a na brodzie wąż. Margaret A. Mills, która opisała tę opowieść i towarzyszący jej rytuał, stwierdziła, że chodzi w niej o naukę lojalności wobec innych kobiet. Ponieważ zła siostra dręczy bohaterkę i obraża czarownicę, zostaje naznaczona męskimi atrybutami i wyrzucona poza kobiecą społeczność.

 

Podczas gdy zła córka prędzej czy później ginie marnie, dobra dzielnie gospodarzy i często zdobywa księcia za męża. Czasem prześladowczynie zatruwają jej życie jeszcze po ślubie. Wtedy baśń ma drugi akt: macocha podstępnie zabija w nim bohaterkę (ewentualnie przemienia ją w zwierzę), a na jej miejsce podstawia swoją szpetną córkę, która jednak nie jest w stanie symulować kwiatów sypiących się z ust i innych cudownych zjawisk. Po różnych perypetiach prawdziwa żona powraca, choćby i zza grobu, oszustki zaś zostają zdemaskowane i surowo ukarane. Co ciekawe, ten drugi akt może również występować osobno, przez co w międzynarodowym indeksie bajek ludowych Aarnego-Thompsona-Uthera został zaklasyfikowany jako zupełnie inny typ baśni.

 

Czary elokwencji

 

Na takie komplikacje Perrault pozwolił sobie jednak tylko w „Śpiącej królewnie”. Jego „Wróżki” to kwintesencja prostoty: dwie rodzone siostry, jedna podobna do dobrego ojca, druga do złej matki; pierwsza pomaga się napić staruszce, druga nie pomaga wielkiej damie; z ust pierwszej sypią się kwiaty i klejnoty, druga pluje ropuchami i wężami; pierwsza zostaje wprawdzie wygnana z domu, ale jej niezwykły dar („cenniejszy niż jakikolwiek posag” – pisze Perrault) zyskuje uznanie księcia, który bierze ją za żonę; druga, znienawidzona nawet przez własną matkę, ginie w leśnych ostępach.

 

Morały są dwa: słodkimi słówkami łatwiej wpływać na ludzi niż pieniędzmi (książę chyba akurat o tym nie słyszał), a uprzejmość i życzliwość, chociaż na krótką metę mogą być kłopotliwe, prędzej czy później się opłacą. Również ta baśń Perraulta wpisuje się więc w kontekst dworsko-salonowej kultury konwersacji, w której liczyło się, czy ktoś umie znaleźć się w towarzystwie, a przede wszystkim – mówić zajmująco i ujmująco.

 

Ten sam morał, wyrażony jeszcze dobitniej (żeby nie powiedzieć – łopatologicznie), znajdziemy w baśni napisanej przez krewniaczkę Perraulta (zapewne córkę jego siostry ciotecznej). Nazywała się Marie-Jeanne Lhéritier de Villandon, była erudytką, teoretyczką literatury i tzw. obrończynią dam, na każdym kroku głosiła bowiem, że kobiety nie ustępują mężczyznom ani intelektualnie, ani moralnie. Dużo pisała, znała się z literackimi szychami swoich czasów i zyskała sobie uznanie również w kręgach naukowych. W 1695 roku ukazała się jej baśń o dość rozwlekłym tytule „Czary elokwencji, albo Skutki łagodności” (Les Enchantements de l’éloquence ou les Effets de la douceur), oparta na podobnym pomyśle co „Wróżki” – możliwe nawet, że Perrault i Lhéritier pisali swoje baśnie równocześnie w ramach literackiej zabawy. Tam jednak, gdzie Perrault dąży do maksymalnej zwięzłości i prostoty, Lhéritier wydłuża akcję, snuje refleksje i żartuje sobie z czytelnikiem.

Nade wszystko zaś pilnuje, by nikt nie miał wątpliwości co do alegorycznego sensu baśni: jej wróżka nazywa się Eloquentia nativa. „Imię to wyda się niektórym dziwaczne jak język grecki; ty jednak, miła księżno [mowa tu o księżnej d’Épernon, której dedykowana jest baśń], wiesz doskonale, że jest bardzo łacińskie; mniejsza jednak o grekę i łacinę, właśnie tak osobliwie zwała się ta wróżka i nic w tym dziwnego: wszystkie wróżki zawsze nosiły ekscentryczne imiona” – kryguje się Lhéritier. Z ust jej bohaterki pada moneta za każdym razem, gdy skończy myśl, mądra Blanche zaczyna więc mówić krótkimi zdaniami. Lhéritier żałowała na pewno, że jej własna elokwencja nie przynosiła równie prędkiego i obfitego zarobku.

 

Imię wróżki nie jest chyba dziwniejsze niż ta alegoria Elokwencji - Merkurego Albrechta Durera (źródło)


Przeróbmy to dla dzieci

Pouczenia o sztuce konwersacji i umiejętności znalezienia się w towarzystwie nie bardzo jednak się mieszczą w programie edukacji dzieci XXI wieku.  Trudno się więc dziwić, że niezliczone adaptacje wolą akcentować takie wartości jak uczynność i pracowitość. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o tym, co dzieje się z Perraultowskimi morałami w polskich tłumaczeniach i adaptacjach „Wróżek” (i nie tylko), zapraszam do mojego artykułu opublikowanego w czasopiśmie „Dzieciństwo. Literatura i Kultura” [TUTAJ].

Morał to zresztą niejedyna rzecz, w której adaptacje nie zgadzają się z Perraultem – można wymienić jeszcze co najmniej dwie inne.

Pierwsza to relacje rodzinne. U Perraulta, jak już wspomniałam, mamy do czynienia z rodzonymi siostrami, córkami jednej matki. Większość adaptacji zmienia konfigurację na „macocha i jej córka + pomiatana, osierocona pasierbica” – może autorom nie mieści się w głowie, że matka naprawdę mogłaby być tak niedobra dla własnego dziecka. Co ciekawe, w pierwszej, rękopiśmiennej wersji „Wróżek” Perraulta również występowała macocha. Dopiero w późniejszym o dwa lata wydaniu drukiem zmieniła się w matkę. Dlaczego? To akurat łatwo wyjaśnić: w rękopisie „Wróżki” były ostatnią baśnią, natomiast w wydaniu drukiem zaraz po nich Perrault dodał „Kopciuszka”, który zaczyna się od... złej macochy i pomiatanej pasierbicy. Zmiana we „Wróżkach” wynikała więc zapewne z chęci uniknięcia powtórzenia.

Druga sprawa wynika z jednej z wielu tajemnic, nad którymi łamią sobie głowę badacze Perraulta: dlaczego baśń nazywa się „Wróżki”, skoro występuje w niej tylko jedna wróżka, tyle że raz przebiera się za ubogą kobiecinę, a raz za zamożną damę? Czy pisarz zasugerował się baśnią Lhéritier, w którym wróżki są rzeczywiście dwie – dobra Dulcicule i jeszcze lepsza Eloquentia nativa? Czy też podświadomie odreagował traumę spowodowaną śmiercią brata bliźniaka we wczesnym dzieciństwie (tak twierdził Marc Soriano)? Czy po prostu miał na myśli to, że wszystkie wróżki działają tak samo jak ta w baśni?

Adaptatorki znalazły na to rozwiązanie bardzo proste rozwiązanie: wystarczy rozmnożyć wróżki w samej baśni. Hanna Januszewska, a w ślad za nią Halina Kozioł, Patrycja Jabłońska, Milena Kusztelska i Agnieszka Sobich, dodają chmary wróżek, które obserwują ludzkość z zarośli, szepcząc i podśpiewując, po czym wysyłają swoją przedstawicielkę, żeby poddała dziewczęta próbie. Trudno powiedzieć, czy takie zaludnienie leśnych ostępów dobrymi duszkami to powrót do pogańskich wierzeń, czy sentymentalnych dziewiętnastowiecznych książeczek angielskich o kolorowych kwiatowych elfikach, na które tak narzekał Tolkien.

 

Smrodek dydaktyczny

Nie wszystkim podoba się perfekcyjnie symetryczna i par excellence baśniowa fabuła „Wróżek”. Grażyna Lasoń-Kochańska (która bada literaturę dziecięcą w perspektywie feministycznej) stwierdza z dezaprobatą: „Prościutka fabuła, oparta na motywie nagrodzonej za uczynność pasierbicy (której z ust wysypują się perły) i ukaranej za arogancję córki wdowy (z której ust padają żaby), sprowadzona zostaje do trywialnej płaszczyzny moralizatorskiej, wzmocnionej, jak wszystkie opowieści w tomiku, wierszowanym morałem. Ten właśnie anachroniczny rodzaj baśni, choć trudno dziś traktować go jako opowieść o rozwoju, wszedł do podręcznikowego kanonu lektur szkolnych, nadal rozpowszechniając w dziecięcej świadomości sposoby, w jakie kultura radzi sobie z »niegrzeczną« dziewczynką”.

Pomińmy kwestię tego, czy Lasoń-Kochańska czytała baśń Perraulta, czy jednak jakąś adaptację, skoro mówi o „pasierbicy”; tematem na zupełnie inną dyskusję jest również to, czy baśń musi być opowieścią o rozwoju. I chociaż nie przepadam za szkolnym omawianiem „Wróżek”, które z konieczności bywa na pewno upraszczające, to myślę, że dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek powinniśmy się zastanowić, czy życzliwość, obycie i umiejętność wysłowienia się – a nawet takie żenujące moralizatorskie banały jak uczynność i pracowitość – są rzeczywiście takim szkodliwym gorsetem, jak się czasami wydaje. Bez względu na płeć.

 

----

Podobnie jak w przypadku kilku innych baśni Perraulta, również Les Fées mają dwie wersje: rękopiśmienną z 1695 roku i wydaną drukiem w 1697 roku. Istnieją dwa polskie przekłady tego tekstu:

 

1. Wróżki, tłum. Hanna Januszewska, po raz pierwszy opublikowany w zbiorze Bajki Babci Gąski z 1961 r.; baśnie z tego zbioru były wznawiane dziesięć razy przez różne wydawnictwa w latach 1993–2003. (UWAGA: Januszewska wykonała również adaptację baśni Perraulta, które były wydawane pojedynczo lub w zbiorach około 40 razy w latach 1968–2012; teksty same w sobie są znakomicie napisane, ale trudno na ich podstawie wysnuwać jakiekolwiek wnioski o pisarstwie Perraulta).

2. Wróżki, tłum. Barbara Grzegorzewska, wyd. w zbiorze Baśnie, czyli opowieści z dawnych czasów (Martel 2010) oraz Kot w butach i inne baśnie (Buchmann 2013).


Wspomniana w tekście adaptacja Kusztelskiej to Bajki wydane przez Oficynę Wydawniczą G&P dwukrotnie, w 2009 i 2012 roku.

Adaptacja Haliny Kozioł wydawana była wielokrotnie przez wydawnictwo Zielona Sowa, głównie w pierwszej dekadzie XXI wieku. Również Zielona Sowa opublikowała w okolicach roku 2010 kilka wydań baśni w adaptacji Agnieszki Sobich.

Adaptację Patrycji Jabłońskiej znaleźć można w wydaniach typu „lektura z opracowaniem” wydawnictwa Greg (na pewno wyszło w 2017 r., być może było ich więcej).

Cytat z artykułu Grażyny Lasoń-Kochańskiej pochodzi z tekstu Baśniowe wątki inicjacyjne w perspektywie badań genderowych, „Literatura Ludowa” t. 54, nr 3, 2010.

Wynurzenia Charles’a Deulina o testicolo d’aseno jako męskim storczyku znaleźć można w jego rozprawie Les contes de ma mère l’Oye, avant Perrault z 1878 r. Mimo tego zabawnego szczegółu jest to pionierska i jeszcze dziś wartościowa praca o baśniach Perraulta.

Informację o baśni ismailickiej zaczerpnęłam z artykułu Margaret A. Mills A Cinderella Variant in the Context of a Muslim Women’s Ritual, przedrukowanego w zbiorze Cinderella. A Casebook pod redakcją Alana Dundesa (1988).


Baśnie Lhéritier, Basilego i de Villeneuve nie były tłumaczone na polski.

Baśnie realizujące wątki podobne do „Wróżek” znaleźć można w praktycznie każdym zbiorze baśni z każdego kraju, tu więc podaję tylko kilka przykładów, do których odniosłam się powyżej:


-Trzy leśne trolle i Pani Hölle braci Grimm. Najlepsze pojęcie o oryginale daje przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej: Baśnie dla dzieci i dla domu, 2 tomy, Media Rodzina 2010 (prawdopodobnie były też inne wydania tego tłumaczenia, ale to jest to, które mam ja).

-Baśń o dziewicy z perłowemi łezkami, z niewiędnącemi różami, i ze złotemi rybkami Antoniego Józefa Glińskiego (1853). Znaleźć ją można w trzecim tomie jego wielkiego (i trochę męczącego) Bajarza polskiego. To tutaj dziewczęta poddawane są próbie przez samego Boga.

-The Three Heads in the Well Josepha Jacobsa, English Fairy Tales (1890) – Można przeczytać na Wikiźródłach.

-Koński łeb występuje w bajce ukraińskiej o dość nudnym tytule Córka i pasierbica (Na przełęczy światów. 150 ukraińskich baśni, gadek, humoresek i podań ludowych, oprac. Jan Mirosław Kasjan, 1994).

-etykę pracy wysławia np. ta węgierska animacja: 


-Polskich opracowań wątku diabła proszącego do tańca jest od groma, ale najstarszy jest chyba Diabli tanek Karola Balińskiego (1842, Powieści ludu spisane z podań).

środa, 8 stycznia 2020

Fake it till you make it, czyli „Kot w butach” – Czego nie napisał Charles Perrault cz. 4



Podczas gdy przygody Czerwonego Kapturka albo śpiącej królewny potrafiłby z grubsza opowiedzieć prawie każdy, historia kota w butach nie jest już tak powszechnie znana – i to mimo ogromnej popularności samego bohatera. Trzeba przyznać Perraultowi, że zakładając kotu buty, przy pomocy tego jednego rekwizytu stworzył postać niezwykle zapadającą w pamięć i przesłaniającą wcześniejsze realizacje motywu kociego pomocnika.

Bo oczywiście takowe istniały.

Winieta w rękopisie baśni z 1695 r.

Jak wyleczyć się ze świerzbu i zostać królem

Pomińmy wersje ludowe, zapisane długo po czasach Perraulta i mówiące częściej o lisach niż o kotach, i zacznijmy od niejakiego Gianfrancesco Straparoli, o którym nie wiadomo prawie nic oprócz tego, że w połowie XVI wieku wydał zbiór nowel i baśni zatytułowany Le Piacevoli notti

Zawiera on między innymi opowieść o młodzieńcu zwanym Costantino Fortunato, któremu matka na łożu śmierci zostawia kotkę. Jego starsi bracia dostają naczynia do wyrabiania ciasta, które wypożyczają i dzięki temu sami mają co jeść, ale – jak przystało na braci w baśni – bohaterowi nie dają ani kęska.

Na ratunek przychodzi kotka, wcielenie matczynej troskliwości (co ciekawe, matka trzech braci nazywa się Soriana, a słowem soriano określano podobno pręgowane koty). Łapie z zasadzki zająca, zanosi go do króla i przedstawia jako dar od swojego potężnego i szczodrego pana. Zaproszona do królewskiego stołu, ukradkiem napełnia sakwę frykasami i z tym łupem wraca do Costantina. Ponieważ nieszczęsny młodzieniec choruje na świerzb, wylizuje go dokładnie i czesze, tak że w parę dni jest wyleczony; przez cały ten czas odwiedza również króla i zdobyczami z jego stołu karmi Costantina.

Taki układ nie może jednak trwać długo, kotka decyduje się więc na radykalny krok: rozbiera swego pana i spycha go do rzeki, po czym głośno wzywa pomocy. Kiedy zjawia się król, mówi mu, że Costantino akurat jechał do niego z klejnotami, które chciał mu podarować, ale zbójcy okradli go i probowali utopić. Król, „widząc, że Costantino jest piękny, i wiedząc, że jest bogaty”, natychmiast wydaje za niego swoją córkę i z okazałym orszakiem wyprawia ich do siedziby pana młodego – która oczywiście nie istnieje, ale troskliwa kotka i na to znajduje sposób.

Biegnie przed orszakiem i wszystkich napotkanych ludzi – rycerzy, pasterzt a wreszcie strażników zamku – straszy, że za nią nadciąga straszliwe wojsko, które ich pozabija, chyba że będą podawali się za poddanych messer Costantina. Tak też się dzieje; i tym sposobem ziemie i zamek stają się rzeczywiście własnością bohatera, ponieważ ich prawdziwy pan, dostojny Valentino, szczęśliwym zbiegiem okoliczności zmarł, kiedy jechał po swoją nowo poślubioną żonę. Niedługo potem umiera również król, a tron dziedziczy jego zięć. Co się stało z kotką – o tym historia milczy.

Kotka przynosi Costantinowi jedzenie z królewskiego stołu w wydaniu z 1608 r.


Czarna niewdzięczność

Podobny wątek pojawia się również w Pentameronie Giambattisty Basilego (który pojawił się już tutaj przy okazji Śpiącej królewny), tyle że morał jest zupełnie inny.

W baśni Cagliuso starszy z braci, Oraziello, z woli ojca dziedziczy sito, które umożliwia mu zarobek, a młodszy Pippo – kotkę. Znosi ona królowi złowione ryby i zwierzynę podebraną myśliwym, przedstawiając je jako dary od swego pana – Cagliuso. Sprytnie wyłudza od władcy szaty, dzięki którym młodzieniec może zjawić się na królewskiej uczcie. Zamiast jednak brylować i dobrze się bawić, Pippo-Cagliuso bez przerwy gada do kotki, żeby pilnowała dobrze jego łachmanów, bo nie chciałby ich stracić. Kotka musi dwoić się i troić, żeby pokryć jego głupotę i nieokrzesanie.

Po skończonej uczcie Cagliuso wraca do domu, ale jego pomocnica zostaje przy królu i opowiada mu niestworzone historie o bogactwach swego pana. Potem dopiero się oddala, a ponieważ wie, że król wysłał za nią swoich szpiegów, wszystkim napotkanym ludziom rozkazuje, aby podawali się za poddanych Cagliusa, bo inaczej napadną ich bandyci. Król dostaje dowód na bogactwo Cagliusa i rychło wydaje za niego swoją córkę. Młoda para wyprowadza się do Lombardii, gdzie bohater za radą kotki zdążył już kupić trochę ziemi i zostać baronem.

Cagliuso dziękuje kotce wylewnie i obiecuje jej, że po jej śmierci zabalsamuje ją i umieści w swojej sypialni w złotej klatce, żeby zawsze o niej pamiętać. Kiedy jednak kotka, chcąc go sprawdzić, udaje martwą, bohater mówi żonie, żeby wyrzuciła truchło przez okno. Kotka zrywa się, oburzona, i wygłasza płomienną tyradę przeciwko niewdzięczności. O ile więc baśń Straparoli mówiła o nadzwyczajnych odmianach losu, które z biedaków robią królów, o tyle Basile przedstawia te odmiany jako niebezpieczne dla otoczenia, kończąc historię słowami: niech Bóg cię strzeże przed zubożałym bogaczem i wzbogaconym nędzarzem.

Trza być w butach na królewskim dworze

Il. Gustave Doré
Baśń Charles’a Perraulta – czwarta w jego zbiorze z 1697 r. – w ogólnym zarysie bardzo przypomina tekst Straparoli, ale im bliżej się w nią wczytać, tym więcej dostrzega się różnic, a ironia francuskiego baśniopisarza aż bije po oczach.

Zaczyna się już od samego tytułu: Le Maître Chat, ou le chat botté – „Pan Kot, czyli kot w butach”. W przeciwieństwie do wcześniejszych włoskich baśni w centrum uwagi znajduje się właśnie sprytny pomocnik, a nie jego miałki i bierny pan. Inna jest oczywiście również płeć pomocnika, najbardziej uderzającym dodatkiem są jednak buty, i to nie byle jakie: wysokie buty, jakie niegdyś nosili tylko szlachcice wyruszający na wojnę. Kot w takich butach to uzurpator, który bezprawnie przywłaszcza sobie zewnętrzne oznaki prestiżu i wysokiej pozycji społecznej.

Perrault umiejscawia akcję w rodzinie zmarłego młynarza. Jego synowie dzielą majątek bez pomocy notariusza czy pełnomocnika, których honorarium pochłonęłoby całą schedę (jak widać, żarty z prawników są bardzo stare): najstarszy bierze młyn, średni osła, a najmłodszy kota, który nadaje się tylko do szybkiego zjedzenia i przerobienia na mufkę. W obliczu takich smutnych perspektyw kot natychmiast zaczyna mówić i obiecuje młynarczykowi pomoc pod warunkiem, że dostanie buty i torbę.

Należycie wyekwipowany, podstępnie łapie królika „nieświadomego zdradliwości tego świata” i zanosi go królowi jako dar od markiza de Carabas. Urabia władcę tym sposobem przez dwa czy trzy miesiące, po czym zabiera swojego pana nad rzekę, każe mu się rozebrać i wejść do wody. Kiedy nadjeżdża królewski powóz, kot wrzeszczy, że markiz de Carabas tonie, a następnie sprzedaje władcy bajeczkę o złodziejach markizowskich szat. Król daje młynarczykowi ubranie z własnej garderoby i zaprasza go do powozu, gdzie piękny młodzian zaraz wpada w oko królewnie (zwłaszcza że sam popatruje na nią bardzo czule).

Rzadki przykład ilustracji sugerującej, że królewna zainteresowała się młynarczykiem, jeszcze zanim założył królewskie szaty (il. Anna Vlasova).

Tymczasem kot biegnie przed powozem i wszystkim napotkanym ludziom grozi, że jeśli nie podadzą się za poddanych Carabasa, zostaną „posiekani jak mięso na pasztet”. Król bardzo się dziwi rozegłości i bogactwu ziem domniemanego markiza, który sam zaczyna wchodzić w rolę i wychwalać swoje łąki.

Rzeczywistym panem całej okolicy jest ogre – olbrzym-ludożerca, w dodatku zmiennokształtny. Kot wprasza się do niego na audiencję, przy pomocy umiejętnych pochlebstw skłania go do przemiany w myszkę, po czym go bez ceregieli pożera. Rzekomy markiz przejmuje osierocone włości, a król podpija sobie tęgo na uczcie i ochoczo oddaje mu córkę za żonę. Kot zostaje wielkim panem i łowi myszy już tylko dla zabawy – wywyższenie młynarczyka było dla niego przede wszystkim sposobem na osiągnięcie własnego awansu społecznego.

Skok na mysz, a wraz z nią na kasę (il. Janusz Grabiański)


Ech, ci sprytni parweniusze

Perrault nie byłby Perraultem, gdyby nie zakończył baśni morałem, a nawet dwoma. W pierwszym twierdzi, że więcej niż odziedziczone bogactwo warte są industrie i savoir-faire, co można tłumaczyć albo jako „pracowitość i inteligencja”, albo „szelmostwo i zręczność”. Opcja pierwsza jest bardziej budująca, ale druga lepiej chyba pasuje do treści baśni...

Ten pierwszy morał w sposób oczywisty nawiązuje do postaci ruchliwego i sprytnego kota w butach, a nie młynarczyka, który w całej fabule nie kiwnął nawet palcem. O nim opowiada drugi morał, w którym czytamy, że małżeństwo królewny z młynarczykiem było możliwe między innymi dzięki jego pięknym szatom (użyczonym przez króla), urodzie i młodości. Oto są wartości, jakie ceni się w mężczyznach, nie jakaś tam przedsiębiorczość, odwaga czy nawet dobre serce.

Trudno nie zauważyć kpinki z baśniowego świata i jego etyki, dla której liczy się tylko to, by słaby i poszkodowany bohater odniósł na koniec triumf. Perrault żartobliwie odnosi te treści do współczesnej mu rzeczywistości społecznej, zbudowanej na różnicach między różnymi stanami. Pewne jest jedno: kot w butach, sprytny oszust i czarujący trickster, buduje tak kunsztowny pozór bogactwa swego pana, że wreszcie bogactwo to staje się faktem. Za króliki, przepiórki i pół tuzina szklanic wina król obdarza Carabasa wszystkim, co ten – jak mu się zdawało – już posiadał. Ryzykowny to portret władcy w epoce Ludwika XIV...

Ale to przecież nieładnie kłamać

Współcześnie baśnie są dla dzieci, a dzieci trzeba uczyć przyjętych norm moralnych i społecznych. Tymczasem kot w butach jako trickster te normy podważa. Baśń ta nie budzi może takiej zgrozy i odrazy jak krwawy Sinobrody, ale jednak nie wszystkim się podoba, stąd też w adaptacjach kotu nieraz spiłowuje się nieco pazurki (np. usuwając groźbę „posiekania na pasztet”), zmiennokształtnemu ludojadowi dorabia się jeszcze straszniejszą gębę, a młynarczyka doprawia się szczyptą uczciwości i heroizmu. I tak w anonimowym Mądrym kocie (I wyd. 1893) pojawia się straszny „Kościej, który już wielu ludzi pozamieniał w zwierzęta” i „z samym królem wojował”, w związku z czym zwyciężając go, kot nie występuje bynajmniej przeciwko ustalonej hierarchii, lecz właśnie dopomaga prawowitej władzy zwierzchniej w osobie monarchy. 

Anonimowa ilustracja do "Mądrego kota"1893

O ile u Perraulta ogre jest bezprzymiotnikowy, u Hanny Januszewskiej (I wyd. 1971) występuje „bardzo okrutny czarownik”, a u Anny Matusik (I wyd. 2013) „straszny i niezwykle próżny czarownik-olbrzym”. Marzena Kwietniewska-Talarczyk (I wyd. 2013) pisze o czarowniku Gulgocie-Bulgocie, który więzi młodzieńców i dziewczyny, a ich steranych rodziców zmusza do pracy w polu. Ewa Szelburg-Zarembina (I wyd. 1954) wprowadza na scenę obszarnika wyzyskującego klasę chłopską („Są tu ludzie, co stracili siły na robocie w służbie tego czarownika, który żył z ich pracy”). Niezawodnie rozwlekła adaptacja Mileny Kusztelskiej (I wyd. 2010) pojawia się hrabia, który nie dość, że jest okrutny i bezlitosny, to jeszcze jest wilkołakiem, para się czarami, podpisał pakt z diabłem, a na kolację jada żaby i węże. Pokonanie takiego potwora, bez względu na metody, musi jawić się jako akt szlachetności wobec uciskanych poddanych.


Na drugim biegunie mamy postać młynarczyka. U Perraulta jego bezpośrednia charakteryzacja ogranicza się do dwóch kluczowych cech:
1. jest najmłodszy z braci,
2. jest przystojny i dlatego zwraca uwagę księżniczki.

Ale już w Baśni o księciu na Gołoszyszkach Gołopiętskim i o jego kocie Antoniego Glińskiego (I wyd. 1853) czytamy, że młynarczyk był „łagodny, powolny, prawy, biednych na noc przyjmował, ubogim jałmużny dawał, wdowy i sieroty wspierał, słowem tak był hojny w datku, że często był w niedostatku. 

We wspomnianym już tekście XIX-wiecznym Jaś jest wiernym towarzyszem kota i jego serdecznym przyjacielem (ani by mu do głowy nie przyszło przerabiać go na mufkę!), a gdy przekonuje się, że z powodu niezdarności nie nadaje się do pracy w młynie, nie próżnuje, tylko planuje zaciągnąć się do wojska. Młynarczyk Januszewskiej dystansuje się od podstępnych metod działania kota, chociaż koniec końców na nich korzysta.

Zarówno w wersji z 1893, jak i w adaptacji Januszewskiej w zakończeniu pojawia się zapewnienie, że po ślubie z księżniczką młynarczyk był dobrym i sprawiedliwym władcą, a Kwietniewska-Talarczyk opisuje nawet wsparcie, jakiego bohater szlachetnie udziela swoim niedobrym braciom w obliczu plagi myszy.

Demonizacja czarownika i idealizacja młynarczyka usprawiedliwiają postępowanie kota. Jest on wprawdzie dalej tricksterem, ale w słusznej sprawie, dla dobra całej społeczności. Porządek i hierarchia nie zostają zaburzone ani zakwestionowane, lecz naprawione i odnowione.

Czasami jednak umoralnienie baśni idzie jeszcze dalej: prawy i szlachetny młynarczyk nie może znieść oszustw kota i przyznaje się do wszystkiego królowi i królewnie. Najjaskrawszym przykładem jest wspomniana już wersja Ewy Szelburg-Zarembiny, w której młynarczyk nie chce zająć miejsca czarownika-obszarnika:

Młynarczyk jako przodownik pracy (il. Władysław Krusiewicz)
Nie chcę w błąd wprowadzać ludzi, choćby i za złoto.
Dosyć ciebie już słuchałem, oszustw nie chcę więcej,
Zapracuję na nas obu. Patrz, mam silne ręce [...].

Dzięki szczerości i gotowości do pracy i tak zdobywa serce księżniczki, a skruszony kot nie zostaje żadnym wielkim panem, jak u Perraulta, tylko niańką:


Na dworze u dziadka-króla
kot w butach wnuczęta lula.
A że lubi zmyślać, gadać,
musi... bajki opowiadać!
W bajkach zmyślać to nie grzech,
a dzieciakom z tego śmiech.

Tak to talent kota do kłamstwa zostaje poskromiony i unieszkodliwiony.

Zamiast zakończenia

Lista imion i tytułów, jakie nadaje młynarczykowi kot w polskich przekładach, adaptacjach i renarracjach Kota w butach:

Jaśnie Wielmożny Pan Szaraban, markiz Karabasz, wielmożny pan Daraban, markiz Carrabas, markiz de Carabas, jaśnie wielmozny książę Jan Pomponian, markiz Jan Szaraban, markiz de Panpan, Jego Zamożność Pan Dukacki, książę Jan, markiz Karabiz, markiz Jan Marian Marcypan, markiz Karabas, hrabia von Karabas (!), baron Baraban, hrabia Michał z Michałowic – pan na Młynarzowie, baron de Taraban, pan Sobiepan, Jan Wspaniały.



----

Podobnie jak w przypadku kilku innych baśni Perraulta, również Le Maître Chat ma dwie wersje: rękopiśmienną z 1695 roku i wydaną drukiem w 1697 roku. Istnieją dwa polskie przekłady tego tekstu:

1. Imć Kot, czyli kot w butach, tłum. Hanna Januszewska, po raz pierwszy opublikowany w zbiorze Bajki Babci Gąski z 1961 r.; baśnie z tego zbioru były wznawiane dziesięć razy przez różne wydawnictwa w latach 1993–2003. (UWAGA: Januszewska wykonała również adaptację baśni Perraulta, które były wydawane pojedynczo lub w zbiorach około 40 razy w latach 1968–2012; teksty same w sobie są znakomicie napisane, ale trudno na ich podstawie wysnuwać jakiekolwiek wnioski o pisarstwie Perraulta; to o tym drugim, adaptowanym Kocie w butach wspominam wyżej).

2. Imćpan Kot, czyli kot w butach, czyli, tłum. Barbara Grzegorzewska, wyd. w zbiorze Baśnie, czyli opowieści z dawnych czasów (Martel 2010) oraz Kot w butach i inne baśnie (Buchmann 2013).

Wspomniana w tekście adaptacja Kusztelskiej to Bajki wydane przez Oficynę Wydawniczą G&P dwukrotnie, w 2009 i 2012 roku.

Adaptacja Anny Matusik została wydana przez wydawnictwo Olesiejuk w 2013 r., natomiast Marzena Kwietniewska-Talarczyk adaptowała baśnie dla Zielonej Sowy w latach 2013-2015.

Baśń o księciu na Gołoszyszkach Gołopiętskim i o jego kocie, prawdopodobnie wzorowana na rosyjskiej adaptacji baśni Perraulta, pojawia się w Bajarzu polskim Antoniego Glińskiego, zbiorze bardzo popularnym aż do przełomu XIX i XX wieku.

Anonimowy Mądry kot wydany został w 1893 r. i 1912 r. przez Gebethnera i Wolffa. Druga edycja jest dostępna na niezastąpionej Polonie. Niektóre pomysły w tej wersji Kota w butach zostały zapewne zaczerpnięte z tekstu Władysława Anczyca, który pojawił się w Trzech baśniach tego autora w 1878 r. (za informację dziękuję dr Monice Woźniak; sama do Trzech baśni nie dotarłam, jak gdyby rozpłynęły się w powietrzu w bibliotecznych kazamatach).

Kot w butach Ewy Szelburg-Zarembiny po raz pierwszy pojawiła się w zbiorze Kije-samobije i inne baśnie w 1954 r., w latach 1973-1989 był wydawany osobno 6 razy.





środa, 18 grudnia 2019

„Sinobrody” – „Piękna i Bestia” na opak? Czego nie napisał Charles Perrault cz. 3



Sinobrody (La Barbe bleue) to niewątpliwie tekst jedyny w swoim rodzaju.

Dwa plany na akcji na jednej winiecie z iluminowanego rękopisu z 1695 r.

Starczy powiedzieć, że w całym zbiorze Perraulta z 1697 r. tylko on nie ma podtytułu Conte („baśń” lub ogólniej „powiastka”), a różni mądrzy ludzie klasyfikują go czasem jako „nowelę”. Elementy fantastyczne – którymi Perrault w swoich baśniach w ogóle gospodaruje dosyć oszczędnie – ograniczają się tu do dziwnej barwy brody i kluczyka, którego nie da się domyć z krwi.

Jest to również prawdopodobnie najmniej znana baśń Perraulta. Na to przynajmniej wskazywałby fakt, że na 136 zbiorów wydanych w Polsce pod nazwiskiem francuskiego baśniopisarza od roku 1961 po dziś dzień – zaledwie 36 zawiera Sinobrodego. Dla porównania: niezbyt popularny Firek z czubkiem (alias Knyps z czubkiem albo Hipek z czubkiem), który zajmuje drugie miejsce od końca, pojawia się aż 58 razy, a w rankingu przoduje Kopciuszek, który występuje w 120 zbiorach.

Zaostrzywszy sobie apetyt statystyką, przyjrzyjmy się teraz samemu tekstowi Perraulta.

Krótkie i nieszczęśliwe pożycie małżeńskie

Sinobrody wita się grzecznie na ilustracji Cesarego Colombiego (Najpiękniejsze baśnie, najsłynniejsi baśniopisarze. Perrault, tłum. A. Rylukowska, BGW 1992).

Tytułowy bohater to wielokrotny wdowiec, na tyle bogaty, że pewna młoda szlachcianka zgadza się za niego wyjść, nie przejmując się ani tajemniczą śmiercią jego poprzednich żon, ani barwą jego zarostu. Miesiąc po ślubie Sinobrody mówi, że musi wyjechać w interesach, i powierza żonie klucze do wszystkich pomieszczeń w domu. Zachęca ją, by zaprosiła przyjaciółki i dobrze się bawiła, zakazuje tylko wchodzić do pewnego pokoju na parterze.

Bardzo słynna ilustracja Gustave'a Doré...


...i znacznie mniej udane współczesne naśladownictwo.


Jak wiadomo, zakazy, zwłaszcza w baśniach, są po to, żeby je łamać, więc powodowana ciekawością żona zagląda do zakazanego pokoju.

Z początku niczego nie dostrzegła, gdyż okna były zamknięte. Po kilku chwilach zobaczyła, że podłoga pokryta jest skrzepniętą krwią, a w niej odbijają się ciała kilku nieżywych kobiet wiszących na ścianach (były to wszystkie kobiety, które Sinobrody poślubił, a potem jedną po drugiej powyrzynał.
(tłum. Barbara Grzegorzewska).

Swoją drogą, znamienne jest, że bohaterka właściwie nie widzi zwłok, tylko ich odbicie w skrzepniętej krwi – stanowi to makabryczne odwrócenie jednego z wymienionych parę akapitów wcześniej przykładów bogactwa Sinobrodego, czyli „luster, w których można się było przejrzeć od stóp do głów”.

Jedna z najlepszych znanych mi ilustracji przedstawiających zakazany pokój - il. Cesare Colombi, Najpiękniejsze baśnie, najsłynniejsi baśniopisarze. Perrault, tłum. A. Rylukowska, BGW 1992.


Przerażona kobieta upuszcza klucz i brudzi go krwią, która nie daje się zmyć. Po powrocie Sinobrody natychmiast więc domyśla się, że żona złamała zakaz, i zapowiada, że ją również zabije. W tym momencie w opowieści pojawia się Anna, czyli siostra żony Sinobrodego: wypatruje ona braci, którzy obiecali akurat tego dnia odwiedzić nieszczęśliwą małżonkę.

-Anno, moja siostro, czy nikt nie nadjeżdża?
A siostra Anna jej odpowiadała:
-Widzę tylko migoczące słońce i zieleniejącą trawę.
Tymczasem Sinobrody z wielkim nożem w ręku, co sił w piersiach krzyczał do żony:
-Schodź szybko, ale ja wejdę na górę.
-Jeszcze chwilkę, proszę-odkrzykiwała mu żona i zaraz cicho pytała siostrę:-Anno, moja siostro Anno, czy nikt nie nadjeżdża?
A jej siostra Anna odpowiadała:
-Widzę tylko migoczące słońce i zieleniejącą trawę.
-Schodź szybko-wołał Sinobrody-albo ja wejdę na górę.
-Już idę-odpowiadała jego żona, a potem krzyczała:
-Anno, moja siostro Anno, czy nikt nie nadjeżdża?
-Widzę-odpowiedziała siostra Anna-wielki kłąb kurzu, który się do nas zbliża.
-Czy to moi bracia?
-Niestety, siostro, to tylko stado baranów.
(tłum. Barbara Grzegorzewska)

W końcu jednak – kiedy Sinobrody już wznosi wielki nóż nad głową żony – bracia nadjeżdżają i zabijają zbrodniarza. Żona dziedziczy po nim majątek, daje siostrze posag, a braciom kupuje stopnie kapitańskie, sama zaś ponownie wychodzi za mąż.

Brat robi "akuku" na ilustracji Jana Szancera z Bajek Babci Gąski w tłumaczeniu Hanny Januszewskiej z 1961 r.


A gdzie morał?

Zgodnie z prastarą zasadą każdą historyjkę, nawet najbardziej błahą lub najbardziej makabryczną, usprawiedliwić może pożyteczna nauka. Perrault opatruje Sinobrodego dwoma wierszowanymi morałami, z którymi nie bardzo wiadomo, co zrobić.

W pierwszym z nich mądrzy się, że ciekawość daje przyjemność bardzo nietrwałą i potencjalnie niebezpieczną. Czytelnik zakrzyknie jednak zaraz: „Jak to! Przecież żona Sinobrodego ostatecznie wyszła całkiem nieźle na tym, że uległa ciekawości! Czy byłoby lepiej, gdyby nie wiedziała, że jej mąż to morderca?”.

Proszę spojrzeć, jaki sympatyczny - il. Gustavo Mazali/Poly Bernatene, Bajki, oprac. Aleksandra Michałowska, Siedmioróg 2010.

Sytuację jeszcze bardziej komplikuje drugi morał, czyli heheszki z tego, że Sinobrody to historia z zamierzchłej przeszłości, bo dzisiejsi mężowie to pantoflarze. Biedny czytelnik nie wie już, czy ma brać na poważnie cokolwiek, co pisze Perrault, skoro ten sam wydaje się podważać sens swoich tekstów. Stąd też baśniopisarz równie często nazywany jest mizoginem (albo przynajmniej seksistą), jak protofeministą.

Jednak pewnej XVIII-wiecznej pisarce i guwernantce wcale nie przeszkadzało to użytkować Sinobrodego w celach dydaktycznych. Jeanne-Marie Leprince de Beaumont (autorka m.in. najsłynniejszej wersji Pięknej i Bestii) pisała w 1756 r., że opowieść Perraulta nadaje się doskonale do przekazania dzieciom prawdy o „niedogodnościach związanych z małżeństwem zawartym z wyrachowania; niebezpieczeństwach płynących z ciekawości; nieszczęściach, które mogą wyniknąć z braku pobłażliwości dla kaprysów małżonka; nieużyteczności kłamstwa w celu uniknięcia kary”. 

Dzisiejszy czytelnik prędzej zgodzi się z krytyką małżeństwa dla pieniędzy niż z instrukcją posłuszeństwa mężowi. Sensowna wydaje się myśl, że największy błąd bohaterka popełnia wtedy, gdy – zaślepiona przepychem i dobrą zabawą – uznaje, że „broda gospodarza nie jest wcale tak bardzo sina”. Bardziej kontrowersyjne natomiast wydaje się przyrównanie mordowania żon i wieszania ich na ścianach do „kaprysów”, którym należy okazywać „pobłażliwość”.

A jednak ten nurt moralizowania wcale nie wygasł! Dowodem następujący fragment z opracowania do lektury wydawnictwa Ibis (Poznań, 2018):

Gdyby nie zbytnia ciekawość żony, być może uniknęłaby zemsty okrutnego męża. Gdybyśmy mieli zastanowić się nad przesłaniem, jakie wynika z pouczenia o tym, że nie wolno łamać zakazów, doszlibyśmy do wniosku, iż często je łamiemy. Nie powinno się przekraczać progu cudzej wolności, np. w zakresie czytania cudzej korespondencji czy pamiętnika, otwierania pokoju bez pukania, przeszukiwania rzeczy kolegi, jeśli nie wyraził na to zgody. Wytłumaczeniem dla takiego postępowania nie może być zwykła ciekawość, bo każdy człowiek jest godny szacunku i należy przestrzegać prawa do jego osobistej wolności i prywatności.

Wszyscy zgodzimy się, że tajemnica korespondencji to ważna zasada – ale Sinobrody do jej nauczania nadaje się jak średnio.

To okropne opracowanie jest w tej książce. Gwoździem do trumny są Grimmowie na okładce oraz fakt, że w środku jest przekład Hanny Januszewskiej, ale bez podania jej nazwiska.


Za dużo pytań, za dużo odpowiedzi

Sinobrody wymyka się jednoznacznej interpretacji również dlatego, że sam tekst wydaje się pełen luk i tajemnic. Dlaczego Sinobrody ma siną brodę? Jaki to właściwie kolor – siny? Głęboka czerń wpadająca w granat? Zielonkawa szarość popołudniowego zarostu? Czy zupełnie nienaturalny niebieskawy fiolet? Największą zagwozdkę mają z tym najpewniej ilustratorzy:

Szara siność u Elżbiety Gaudasińskiej (Bajki Babci Gąski, tłum. H. Januszewska, Czytelnik 1993)
 
Szpakowata (?) siność u nieznanego ilustratora (Ośla Skórka. Knyps z czubkiem. Sinobrody, Grafag 1997)

 
Granatowa siność u Cesarego Colombiego (Najpiękniejsze baśnie, najsłynniejsi baśniopisarze. Perrault, tłum. A. Rylukowska, BGW 1992) 


...O tym lepiej nic nie mówić.

Dziwna broda wydaje się widzialnym znakiem jakiejś wewnętrznej skazy – ale jakiej? Morderczych skłonności? Czy może, jak twierdzi Catherine Velay-Vallantin, niskiego pochodzenia? U Perraulta (inaczej zresztą niż w bardzo wielu późniejszych adaptacjach) Sinobrody bierze ślub ze szlachcianką, ale sam szlachcicem nie jest: ma błękitną brodę, ale nie błękitną krew. Czyżby Sinobrody był ostrzeżeniem przed mezaliansami? A może – bo i z taką interpretacją można się spotkać – ostrzega w ogóle przed mężczyznami i małżeństwem, które prowadzi do śmiertelnie niebezpiecznego porodu?

U Waltera Crane'a Sinobrody jest ponad wszelką wątpliwość szlachcicem - wystarczy spojrzeć na herb (źródło)

Dlaczego Sinobrody trzyma zwłoki poprzednich żon w domu? Czy tylko po to, by poddawać kolejne żony próbie ciekawości? Czy ma nadzieję znaleźć taką, która będzie mu absolutnie posłuszna i oddana? Czy może szuka tylko pretekstu, żeby je czym prędzej ukatrupić? A w takim razie – jak celnie pyta m.in. Jack Zipes – co w zakazanej komnacie zobaczyła pierwsza żona Sinobrodego? Czyżby jego najstraszliwszą i najpilniej skrywaną tajemnicą było to, że nie ma żadnej tajemnicy, bo pokój jest pusty?

I co w tym wszystkim robi siostra Anna? Czy mieszka z Sinobrodym i jego żoną? Dlaczego ona ma imię, a żona Sinobrodego nie? Dlaczego dialog sióstr chwilami sprawia takie wrażenie, jakby to jedna osoba mówiła do siebie? Kiedy Anna donosi, że widzi w oddali dwóch rycerzy, żona Sinobrodego woła z ulgą: „To moi bracia, dam im znak, póki mogę, żeby się pospieszyli” – mimo że taki znak może dać jedynie stojąca na wieży Anna. Zresztą, czy kobieta nie powinna powiedzieć „nasi bracia”?

Marc Soriano znalazł psychoanalityczne wytłumaczenie w dzieciństwie Perraulta, który miał wcześnie zmarłego brata bliźniaka. Ta strata wywołała ponoć u baśniopisarza kompleks bliźniactwa, którego jednym z wyrazów jest właśnie podwójna postać Anny-żony Sinobrodego. (Prawdą jest, że w baśniach Perraulta dosyć często jest mowa o bliźniakach i o rodzeństwie w ogóle, poza tym Perrault stosuje często schematy dwójkowe zamiast trójkowych, np. Kopciuszek idzie dwa razy na bal, a Kot w butach dwa razy grozi wieśniakom posiekaniem na pasztet).

Ute Heidmann idzie natomiast w zupełnie inną stronę – ku literackiej intertekstualności. Jej zdaniem epizod z Anną to nawiązanie do Eneidy Wergiliusza, a konkretnie do sceny, w której opuszczona przez Eneasza Dydona popełnia samobójstwo, a jej siostra – Anna – próbuje ją ratować.

Śmierć Dydony, Guercino, 1631 (źródło)


Horror dla dzieci?

Kiedy baśnie stały się lekturą kojarzoną niemal wyłącznie z czytelnikiem dziecięcym, pojawił się problem zawartego w baśniach okrucieństwa, które może wykrzywić wyjątkowo wrażliwą psychikę młodego czytelnika, czy to budząc w nim nadmierny i irracjonalny strach, czy też ucząc go agresji. W straganowych wydaniach przeważnie się tym nie przejmowano: w angielskich chapbooks zdarzają się bardzo dosłowne ilustracje stosów kości w zakazanej komnacie, a niejaki W. Orski w książeczce z lat 30. epatuje makabrą (i częstochowskimi rymami):

Wszędzie krew się znajdowała, nie tylko podłoga cała, lecz sufit był zabryzgany, a także i wszystkie ściany...
I przelękła się też srodze, gdyż sześć trupów na podłodze, ona znienacka ujrzała – z przerażenia aż zadrżała.

Osobliwa ilustracja do tekstu Orskiego. Zawój żony Sinobrodego prawdopodobnie ma imitować ubiór kobiety muzułmańskiej. Zwłaszcza w angielskiej tradycji ilustracyjnej Sinobrody stał się opowieścią orientalną, może przez podobieństwo z żonobójcą Szachrijarem, mężem Szeherezady. Cała książeczka dostępna na Polonie TUTAJ.

Osoby obdarzone subtelniejszą wrażliwością wolą jednak usunąć Sinobrodego spośród baśni Perraulta, co tłumaczy jego żałosny wynik, przytoczony na wstępie tego wpisu.

Nawet kiedy tekst pod tym tytułem pojawia się w zbiorze, podejmowane są czasem próby łagodzenia tak straszliwego i sugestywnego opisu zakazanego pokoju – czy to w samym tekście, czy to na ilustracjach, na których próżno szukać śladów krwi. Mimo wszystko jednak trzeba przyznać ilustratorom, że na ogół starają się oddać panującą w tekście grozę, czasem w sposób niedosłowny i dzięki temu nawet skuteczniejszy. O grozie w ilustracjach do Sinobrodego na rynku polskim pisałam już TUTAJ.

Koszmar w wykonaniu niezawodnej Elżbiety Gaudasińskiej (Bajki Babci Gąski, tłum. H. Januszewska, Czytelnik 1993).

Inną drogę obrała Milena Kusztelska, której adaptacja baśni Perraulta ukazała się po raz pierwszy w 2009 r. W przeciwieństwie do adaptatorek takich jak (pod pewnymi względami niezrównana) Hanna Januszewska czy Jolanta Sztuczyńska nie przemilczała istnienia Sinobrodego, ale po pierwsze umieściła go na samym końcu zbioru, a po drugie – usunęła wszystko, co godziłoby w najczulszą wrażliwość dzieci i ich zatroskanych rodziców. Dlatego w zakazanym pokoju nie ma nie tylko krwi, lecz również zwłok, a tylko smutne portrety, manekiny w starych sukniach, liściki, wachlarze i inne suweniry po nieżyjących żonach. Kolekcja, trzeba przyznać, sprawia dość nieprzyjemne wrażenie, ale gdzie jej tam do wstrząsającej wizji Perraulta.

U Kusztelskiej zresztą nawet krew Sinobrodego nie zostaje ostatecznie przelana: okrutnik ucieka przed szwagrami tajnym przejściem i napotyka uzbrojonych w widły chłopów, którzy gonią go po polach (jest to swoją drogą dobry przykład bardzo częstego uszlachcenia Sinobrodego w adaptacjach). Oni jednak również go nie zabijają. Sinobrody po prostu znika i nikt nie wie, co się z nim stało. W trosce o małych czytelników stara sowa w zamkowej wieży mądrze wykłada tradycyjne morały, że „nadmierna, niepohamowana ciekawość sprawia czasem wiele kłopotów”, a „bogactwo nie czyni szczęśliwym, jeśli dzielić je trzeba z człowiekiem złym”.

Dosyć wesoły zakazany pokój na ilustracji Aleksandry Kucharskiej-Cybuch (Baśnie, czyli opowieści z dawnych czasów, tłum. Barbara Grzegorzewska, 2010).

Krewni Sinobrodego

Sinobrodego zalicza się w międzynarodowej klasyfikacji wątków bajkowych do typu 312, który jest bardzo blisko typu 311, częstszego w wersjach ludowych. W tych ostatnich zamiast klucza występuje często jajko, jabłko albo kwiat, a bohaterka albo wzywa pomocy braci, posyłając im wiadomość przez zabranego przezornie gołąbka albo pieska, albo sama oszukuje straszliwego małżonka. 

Warto przeczytać „Zakazany pokój” w I tomie „Księgi bajek polskich” pod redakcją Heleny Kapełuś: bohaterka przy pomocy magicznej maści ożywia swoje siostry, które przed nią padły ofiarą zbója, a następnie sprawia podstępem, że sam odnosi po kolei całą trójkę dziewcząt do domu rodziców:

-Ja bym chciała pakietkę do domu posłać, zrób mi taką dużą skrzynię i durki wyzierć na brzeżku.
Jek on znów wyjechał, to włożuła swoją siostrę w tą skrzynię i nakładła jeszcze złota i srebra, i jedzenia nakładła, i zabziuła. I móziuła ty siostrze:
-Jekby postaziuł i chciał roztworzyć, to poziec: „Nie patrz, nie patrz, bo ja zidzę!”
[...]
On prędko wziął skrzynię na konia i galopem pojechał. W drodze pomyślał sobzie:
-Muszę ja obaczyć, co też ona tam nakładła!
Postaziuł skrzynię i odbzija to zieko. A ona woła:
-Nie patrz, nie patrz, bo ja zidzę!
A on mózi:
-Ojej, jekie też dobre oczki masz, że tak daleko mnie zidzisz!

Podobnie postępuje bohaterka Ptaka dziwaka braci Grimm, która wskrzeszone siostry wysyła w koszu, a sama oblepia się piórami i w tym przebraniu ucieka od zbrodniczego narzeczonego. (Warto też wiedzieć, że w pierwszym wydaniu zbioru Grimmów z 1812 r. znalazła się baśń Blaubart, później usunięta ze względu na nazbyt oczywiste pochodzenie od tekstu Perraulta).

John B. Gruelle, 1914 (źródło)


Za wątek pokrewny uznaje się również AT 955, który w zbiorze Grimmów reprezentuje „Zbójecki narzeczony”. Bohaterka tej baśni widzi z ukrycia, jak jej narzeczony razem z kompanami ćwiartuje na kawałki ciało dziewczyny. Sama wraca szczęśliwie do domu, a w dniu wesela opowiada wszem i wobec o niegodziwościach swojego narzeczonego, jako dowód prezentując ucięty palec jego ofiary.

Motyw złamanego zakazu, do którego tak chętnie doczepia się dydaktyczną naganę ciekawości, występuje w wielu innych baśniach i legendach, choćby w jednoznacznie moralistycznym „Dziecku Maryi” braci Grimm: tu bohaterka zostaje ukarana za świętokradztwo i nieposłuszeństwo wobec samej Matki Boskiej.

Ale można sięgnąć jeszcze dalej, do tekstu, który uważa się za pierwszą realizację wątku Pięknej i Bestii, a mianowicie Amora i Psyche Apulejusza. Psyche ulega ciekawości dwukrotnie. Najpierw wbrew zakazowi ogląda swojego śpiącego męża przy blasku świecy, przez co zostaje z nim rozdzielona, a rozgniewana Wenus zleca jej różne trudne zadania. Ostatnie z nich polega na przyniesieniu od Prozerpiny szkatułki z maścią dającą urodę. I tym razem Psyche wbrew zakazowi zagląda do szkatułki i zasypia kamiennym snem, ale tym razem z opresji ratuje ją sam Amor.

Związki między Sinobrodym a Piękną i Bestią są zresztą mocniejsze, niż by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Jak zauważyła choćby Maria Tatar, baśnie te stanowią swoje lustrzane odbicia: Piękna i Bestia mówi o nadziei, że potwór okaże się człowiekiem, Sinobrody natomiast – o lęku, że człowiek okaże się potworem...

Na zakończenie: jeszcze jeden przykład orientalizacji Sinobrodego w polskim międzywojniu. Cała książeczka jest dostępna na Polonie TUTAJ.



------

Podobnie jak w przypadku kilku innych baśni Perraulta, również La Barbe bleue ma dwie wersje: rękopiśmienną z 1695 roku i wydaną drukiem w 1697 roku. Istnieją dwa polskie przekłady tego tekstu:

1. Sinobrody, tłum. Hanna Januszewska, po raz pierwszy opublikowany w zbiorze Bajki Babci Gąski z 1961 r.; baśnie z tego zbioru były wznawiane dziesięć razy przez różne wydawnictwa w latach 1993–2003. (UWAGA: Januszewska wykonała również adaptację baśni Perraulta, które były wydawane pojedynczo lub w zbiorach około 40 razy w latach 1968–2012; teksty same w sobie są znakomicie napisane, ale trudno na ich podstawie wysnuwać jakiekolwiek wnioski o pisarstwie Perraulta; w tym adaptowanym zbiorze, pełnym pogodnego humoru, Sinobrodego oczywiście nie ma).

2. Sinobrody, tłum. Barbara Grzegorzewska, wyd. w zbiorze Baśnie, czyli opowieści z dawnych czasów (Martel 2010) oraz Kot w butach i inne baśnie (Buchmann 2013).
Wspomniana w tekście adaptacja Kusztelskiej to Bajki wydane przez Oficynę Wydawniczą G&P dwukrotnie, w 2009 i 2012 roku.

Baśnie braci Grimm najlepiej przeczytać w tłumaczeniu Elizy Pieciul-Karmińskiej: Baśnie dla dzieci i dla domu, 2 tomy, Media Rodzina 2010 (prawdopodobnie były też inne wydania tego tłumaczenia, ale to jest to, które mam ja).

Raz jeszcze polecam Księgę bajek polskich w opracowaniu Heleny Kapełuś (2 tomy, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1989).

Diamenty i ropuchy, czyli „Wróżki” – Czego nie napisał Charles Perrault cz. 5

  „Diamonds and Toads” to tytuł, pod którym w świecie anglojęzycznym funkcjonuje fabuła wykorzystana przez Perraulta we „Wróżkach”. Trze...